Plany to jedno, a życie to drugie.

Dnia szóstego nastąpiło pierwsze podsumowanie.
Nie zwiedziliśmy Akropolu w Lindos. Nie ujrzeliśmy zatoki w kształcie serca z grzbietu spoconego osiołka. Nie wykąpaliśmy się w zatoce Anthonego Quinna. Nie wiało nam w żagiel surfingu w miejscu gdzie Egejskie łączy się ze Śródziemnym. Nie zachwyciliśmy się widokiem kolorowych domków na skale wchodzących do lazurowej wody w greckim Portofino, ani budowlami z czasów Sulejmana Wielkiego. Nie było pogawędki z babcią w czarnej chuście siedzącej na górskiej ławeczce wypatrującej swoich kózek. Nie dotarliśmy do kapliczki na spadzistym wzgórzu przy południowym krańcu zatoki Kolymbia, ani nie przeżyliśmy chwili zgrozy wspinając się po stromych schodkach.

Tego też dnia nastąpiła totalna kapitulacja i pogodzenie się z losem. Uświadomiłam sobie, że nie dotrę na Symi i że nie zobaczę tego wszystkiego co chciałam zobaczyć, ani nie przeżyje tego wszystkiego co chciałam przeżyć.
Kiedy nie mogłam zapiać pasów w zasyfiałych fotelikach wypożyczonego samochodu, na który się zdecydowaliśmy, bo foteliki były w gratisie i kiedy to mój starszy Synek nagle dostał choroby lokomocyjnej i kiedy to zgubiliśmy drogę do domu i zatrzymywałam się co chwila żeby jako kierowca-matka karmiąca podawać pierś najmłodszemu, wypróżniać starszego i pytać co chwila o drogę do hotelu, którego nazwa w 35 stopniowym upale wyparowała z mojego mózgu, zdałam sobie sprawę, że los szykuje mi zupełnie inne wakacje niż te zaplanowane przeze mnie.
Okazało się, ze odpoczynek z naszymi kochanymi dziećmi, raz to płaczącymi, a raz chichoczącymi są najwspanialsze, ale pod palemką, albo w basenie, albo jeszcze lepsze w pokoju hotelowym z włączoną klimatyzacją, albo w recepcji, gdy w pokoju nudy.
Wiec zrobiłam kilka selfie nad basenem, zamieniłam kilka przemiłych zdań ze starym uśmiechniętym Grekiem, który wskazał drogę do zapomnianego miejsca, którego nazwę odkryłam dopiero na hotelowym, żółtym, wyszarpanym z bagażnika ręczniku.
Zjadłam pite i zapiłam zimną kafką z lodem w a’la tawernie u Hiszpanów na Tsambika beach, którzy szkolili swoich synów w smażeniu naleśników, w technice ich smarowania nutellą i zawijania w trójkąt.
Ukrywając się przed upałem w recepcji hotelu ucięłam sympatyczną pogawędkę z przemiłym małżeństwem amerykańskich Turków z Nowego Yorku, których biały piesek lubi podróżować za kierownicą, syn wygląda jak Al Pacino za młodu, a córka rzuciła prace w korpo i wykłada na uniwersytecie.
Udaliśmy się na przejażdżkę ciuchcią ze światowej sławy myszką po okolicy i na rejs glass bottom zakończony kąpielą w wodzie, w której nie trzeba machać nogami, aby utrzymać się na powierzchni.
Można śmiało powiedzieć, ze odpuszczaliśmy każdej tawernie, nie licząc oczywiście tych, z których musiały skorzystać nasze pociechy np. tej z papugą w bramie z przyczepioną łańcuszkiem za nogę do miski z woda, po drodze wybrukowanej białymi kamieniami do zamku w Rodos.
Mimo wszystko to był udany odpoczynek w doborowym towarzystwie. Zajadaliśmy się oliwkami, białym serem, gołąbkami zawiniętymi w liście z winogron, pomidorami zawsze z sosem tazatziki, anchois, rybami grillowanymi, papryką, bakłażanem, cukinią, kadaifi i baklavą.
A teraz po powrocie stale myślę czy lot do Adelaide i wyprawa do Australii to dobry pomysł.
No nic… poczekam na książkę Pana Marka Niedzwieckiego i po tej lekturze podejmę ostateczna decyzje.

Wiem, ze tam znajdę odpowiedz.