Wierzycie w przesądy?

Ja nie wierzyłam. Nie martwiłam się czarnym kotem, jeśli przebiegł mi drogę, nie zwracałam uwagi czy jest piątek 13-go. Ale w tym roku to się zmieniło i zaczęłam uważać na drabiny. Serio!

Jest taki noworoczny przesąd, że jaki masz pierwszy dzień nowego roku, taki będzie cały rok. Ja 1 stycznia 2017 roku spędziłam w łóżku i toalecie, cierpiąc z powodu grypy żołądkowej. Zgodnie z tym przesądem powinnam często chorować w ciągu tego roku. Słaba wróżba. Mąż się ze mnie śmiał, jak mu to powiedziałam. Rzeczywiście, nie sprawdziło się. Nie dokładnie. Bo noworoczny pech postanowił dotknąć nie tylko mnie, ale całą naszą rodzinę. I w 2017 roku chorujemy non stop: pojedynczo, w pakiecie, na raz, jedno po drugim, w domu i poza domem. Zawsze i wszędzie!!!

Właściwie całą zimę – czyli do maja 😉 – któreś z nas miało katar, kaszel i gorączkę. Ale prawdziwe kłopoty przyszły po Wielkanocy. Zaczęło się od dziwnego wirusa żołądkowego, który krążył w naszej rodzinie przez kilka tygodni. Gdy tylko ktoś otrzepał się z choroby, wtedy atakowało kolejną osobę. Najdłużej chorowałam ja i najmłodszy synek. Młody przetrwał to choróbsko tylko dzięki temu, że nie odstawiłam go jeszcze od piersi. Ale wróciliśmy do tak częstych karmień, jak wtedy, gdy miał kilka miesięcy. I to tuż przed tym, gdy zamierzałam odzyskać mój biust tylko dla siebie! Gdy otrząsnęliśmy się wreszcie z maluchem, problemy z brzuchem zaczął zgłaszać starszy synek. Byliśmy przekonani, że wirus żołądkowy po prostu postanowił u nas zamieszkać na stałe. A tu niespodzianka! Nasza doktor pediatra „zabiła” nas diagnozą – lewostronne rozległe zapalenie płuc! I wylądowaliśmy w szpitalu. Tydzień antybiotyku i S. wyszedł do domu jak młody bóg. Odetchnęłam, myśląc, że limit chorób mamy już wyczerpany. W dodatku na horyzoncie pojawił się wakacyjny wyjazd i życie jakby znowu stało się piękniejsze 🙂 Na dwa dni przed wyjazdem z wycieczki musieli zrezygnować nasi znajomi. Zachorowała ich córeczka. Dobrze, że mieli ubezpieczenie na wypadek rezygnacji z wyjazdu z powodu choroby dziecka! Współczuliśmy im z całego serca. Jednocześnie cieszyłam się, że – o dziwo! – u nas wszyscy byli zdrowi i mogliśmy lecieć. Noworoczny pech chyba odpuścił!

He he, nic z tego.

Okazało się, że pech tylko się przyczaił i czekał na dobry moment, żeby znowu zaatakować. Uderzył na naszym wyjeździe i dowalił nam chorobą, nie dającą się wyhamować – nawet jak ma się worek leków (tak jak ja), po prostu, trzeba ją przechorować…

Wyobraźcie sobie: jesteśmy „w tropikach”, mamy wspaniały pokój, morze, aquapark i pyszne jedzenie. Rozpływamy się z rozkoszy, że całe 10 dni spędzimy w tym raju. Tylko jakoś naszym chłopakom jakby nic nie pasuje. Marudzą, nie chcą jeść, a każde wyjście, usypianie, a nawet zabawa kończy się awanturą! I nagle bum – mamy winowajcę! U młodszego synka pojawia się wysypka i 40-stopniowa gorączka. Od razu pędzimy do hotelowego lekarza. I diagnoza – wirus i informacja, że będzie gorzej, bo były już przypadki chorych dzieci i widać jak choroba się rozwija. Zalecenia: smarowidło na wysypkę i klasyk na zbicie gorączki. A! I oczywiście należy siedzieć w pokoju, nie pływać i nie wystawiać się na słońce. Idealnie! W końcu jesteśmy na wakacjach, gdzie jak najwięcej korzysta się ze słońca, pluska się nad wodą, a do pokoju wraca się tylko na spanie… Ok, zacisnęliśmy zęby i przez kolejne dni, na zmianę, opiekowaliśmy się najmłodszym i dbaliśmy o rozrywki dla starszego i dla siebie. O my głupi, że nie poprosiliśmy naszych rodziców o wyjazd z nami! W międzyczasie liczba chorych dzieci wzrosła do jednego w każdej rodzinie, która leciała z nami samolotem. Zaczęły się rozmowy i ustaliliśmy, że dzieciaki złapały w samolocie tzw. bostonkę. Nie wiem jak Wy, ale ja nie wiedziałam, że powietrze na pokładzie jest w obiegu zamkniętym. Czyli: to powietrze, które było przy wsiadaniu, leci z nami całą drogę. Oczywiście jest filtrowane, ale nie są to filtry nastawione na zwalczanie wirusów i bakterii. Samolot to „idealne” miejsce, żeby zarazić się wirusem przenoszonym drogą kropelkową. Wystarczy jeden chory pasażer i już choróbsko lata po pokładzie. Przez kilka godzin…

Kiedy już młodszy syn miał za sobą najgorsze, gorączka pojawia się u starszego. Znowu wizyta u lekarza. Tym razem doktor chce przypisać antybiotyk, bo przecież niedawno synek przeszedł zapalenie płuc. I oczywiście, zalecenie żeby raczej siedzieć z dziećmi w hotelowym pokoju. Poziom rozczarowania wakacjami sięgnął u nas zenitu! Wakacje zamiast na plaży spędziliśmy w hotelu! Chyba do końca życia zapamiętam to uczucie i „pocztówkę” z wakacji, jak siedzę w restauracji i płaczę przy obcych ludziach, bo nie mam już siły na kolejną chorobę, która zrujnuje i tak już niebyt udane wakacje…

I wtedy pojawił się pomysł, żeby wrócić wcześniej do domu. Bo jak tu utrzymać dwóch chorych chłopaków w pokoju hotelowym? Czy nie lepiej by było, żeby już chorowali „u siebie”, ze swoimi zabawkami, zbadani przez naszego pediatrę? Z drugiej strony, trzeba by było załatwić i zapłacić za zmianę lotu, no i ciągnąć niezdrowe dzieciaki w podróż samolotem… Ciężki wybór, prawda? My wróciliśmy! I nie żałowaliśmy tej decyzji nawet przez chwilę!

A na koniec morał: do końca 2017 roku nie latamy z dziećmi samolotem! No, chyba że z kimś, kto pomoże w razie choroby chłopaków (#kochanidziadkowie)!

P.S. Dwa tygodnie po wyzdrowieniu, młodszy syn znowu miał gorączkę.

P.P.S. Dwa tygodnie po wyzdrowieniu po chorobie z P.S. 1, obaj są przeziębieni.

I jak tu nie wierzyć w noworocznego pecha???!!!