Słyszeliście kiedyś powiedzenie „od przybytku głowa nie boli”? Z pewnością tak. Ale czy to prawda? Ostatnio coraz częściej się nad tym zastanawiam i wygląda na to, że jednak boli.

 

A tak w ogóle, cześć, jestem Kasia. Mam fajnego męża, kochane dzieciaki, pociesznego psa, pracę, swoją pasję i… ból głowy. Nie, nie jestem chora (choć owszem, miewam migreny). Chodzi właśnie o ten przybytek.

Prawda jest taka, że przyszło nam żyć w czasach, w których cierpimy nie tylko na nadmiar informacji, ale także na nadmiar rzeczy. Fakt, to naprawdę świetna sprawa, że nie musimy się o wszystko martwić jak nasi dziadkowie czy rodzice, bo zdecydowana większość rzeczy jest na wyciągnięcie ręki, a prawie wszystko można kupić „na już”. Ale kupowanie to jedno, używanie to drugie, a samo posiadanie i przechowywanie owych przedmiotów to jeszcze inna historia.

Kluczowe pytania

Czy z ręką na sercu możecie powiedzieć, że przed każdym zakupem odpowiadacie sobie na pytania w stylu:

  • Czy to jest nam naprawdę potrzebne?
  • Czy potrzebujemy tej rzeczy tylko teraz, na chwilę, czy przyda się także później?
  • Czy mamy jak i gdzie to przechowywać?

Ja przyznaję się „bez bicia”, że do niedawna ignorowałam te pytania i po prostu kupowałam. Jak na tym wyszłam? Mój dom jest pełen rzeczy. Często rzeczy, których nie potrzebuję, na przykład dlatego, że były niezbędne tylko przez określony czas. I wiecie co? W zdecydowanej większości są to przedmioty związane z dziećmi (o ubrankach i zabawkach nawet nie wspominam!).

Od przybytku głowa boli

Waga niemowlęca była nam potrzebna przez około 2 tygodnie po urodzeniu jednego z synów. Potrzebna? Kupujemy! Łóżeczko turystyczne na jeden konkretny wyjazd (w domu przecież jest zwykłe, dziecięce)? No pewnie! Kupione! Mogłabym tak wymieniać jeszcze długo. Te wszystkie sprzęty jeszcze do niedawna zagracały mi dom.

Pewnie mogłabym je sprzedać lub oddać, ale mają już swoje lata (choć często są prawie nieużywane) i nie sprzedam ich za satysfakcjonującą mnie kwotę, a oddać niektóre z nich jest mi po prostu szkoda. Czy to znaczy, że jestem skazana na ten nadmiar, który sama zafundowałam sobie i swoim najbliższym? Nie!

Zapytacie – jak to? To proste. To, że dana rzecz nie jest w mi w tym momencie potrzebna, nie oznacza, że nie przydałaby się właśnie teraz innej mamie. A skoro tak, może mogłabym jej to pożyczyć? Na przykład za drobną opłatą? Tylko jak to zrobić? Skąd inne „mamy w potrzebie” mają wiedzieć, że mam fajne rzeczy, z których one mogłyby korzystać bez konieczności ich kupowania na własność?

Pożyczanie? To jest fajne!

Tu z pomocą przychodzi serwis mamapozycza.pl. Bez trudu wystawiam tam swoje rzeczy, a inne użytkowniczki mają do nich łatwy dostęp. Co więcej, pożyczając poznaję fantastyczne osoby! Tak, na przykład, poznałam Magdę. Wiecie, że mamy dzieci prawie w tym samym wieku? I w dodatku mieszkamy tak blisko siebie, a wcześniej się nie spotkałyśmy! Teraz chodzimy na wspólne spacery z dzieciakami, odwiedzamy ciekawe miejsca, place zabaw, klubokawiarnie, a gdy maluchy śpią, mamy czas na babskie pogawędki.

I pomyśleć, że to wszystko dzięki przyczepce rowerowej. I dzięki mamapozycza.pl oczywiście!

 

#sharingiscaring #MAMAsharing #sharingphilosophy

 

 

Zdjęcie: https://gratisography.com